środa, 23 marca 2016

Droga Elizabeth,
Na samym początku chcę Cię przeprosić za używanie twojego pełnego imienia. Pamiętam, że zawsze okropnie się na mnie wciekałaś kiedy tylko, nawet przez przypadek, tak Cię nazywałem. Nigdy tak naprawdę nie rozumiałem, dlaczego go nie znosisz. Było takie piękne. Tak piękne jak Ty, Twój uśmiech, Twoje zielone oczy, w których zawsze igrały wesołe ogniki, Twoje długie, brązowe włosy, których kosmykami uwielbiałem się bawić, owijając je sobie wokół palców. Kiedy o Tobie wspominam, siadam w naszym ulubionym miejscu, na starej, drewnianej podłodze obok niewielkiego kominka, opierając plecy o zimną ścianę. Czuję wtedy zapach pomarańczy, i chociaż wiem, że to tylko złudzenie, udaję, że woń, unosząca się wokół mnie, jest prawdziwa, ponieważ tak bardzo mi się z nią kojarzysz. Uwielbiałaś pomarańcze. Widzę Cię oczami wyobraźni, jak siedzisz obok mnie, wtulona w mój tors. Czasami mam wrażenie, jakbyś była tu naprawdę, wydaje mi się, że czuję dotyk Twych delikatnych i kruchych rąk na mojej szczęce. Zaraz potem otwieram zmęczone oczy i znowu uderza we mnie rzeczywistość. Szary, pusty pokój, pozbawiony wszelkiego ciepła, wszelkiej radości. Bez Ciebie. Zdarza się tak, że niekiedy ciężko powstrzymać mi łzy. Wtedy z całych sił zaciskam pieści, próbując się uspokoić. Nie zawsze pomaga.
Czasami budzę się w środku nocy, zlany zimnym potem. Luźny podkoszulek przykleja mi do mokrych pleców. Przecieram zaspane powieki i rozpaczliwie rozglądam się po pokoju, próbując znaleźć Ciebie, jakiś znak, przedmiot, będący potwierdzeniem Twojej obecności. Gdy uświadamiam sobie, że kolejny koszmar, w którym ode mnie odchodzisz, zostawiając zupełnie samego, okazuje się prawdą, ogarnia mnie głębokie uczucie bólu, rozczarowania i wszechogarniającej tęsknoty. Uczucie, które rozrywa mnie od środka, niszczy każdą, cicho tlącą się iskierkę szczęścia i nadziei.
Pamiętasz ten dzień, kiedy tak strasznie pokłóciliśmy się o jakąś błahostkę, że postanowiłaś przenieść się na kanapę w salonie? Miałaś wtedy na sobie moją niebieską koszulkę z tym zabawnym nadrukiem, który zawsze Cię rozśmieszał. Była na Ciebie o wiele za duża, jednak nie zdawałaś się tym ani trochę przejmować. Strasznie się naburmuszyłaś, wydęłaś usta i poprawiłaś potargane włosy. Bez słowa przyszłaś do naszej wspólnej sypialni i nawet nie zaszczyciłaś mnie pojedynczym spojrzeniem. Wzięłaś pod pachę swoją kremową poduszkę, i owinąwszy się kołdrą, wyszłaś. Tamtej nocy rozszalała się potężna burza, błyskawice raz po raz rozświetlały całe, spowite ciemną poświatą, niebo. Gwiazdy skryły się pod ogromną pierzyną deszczowych chmur. Doskonale zdawałem sobie sprawę, jak bardzo się wtedy bałaś. Niejednokrotnie wspominałaś mi o swoim raczej wstydliwym lęku, mającym swe początki jeszcze w dzieciństwie, kiedy zwykłaś chować się pod łóżko, próbując ukryć się przed potężnymi grzmotami. W chwili, gdy przeraźliwy huk wypełnił mieszkanie, mógłbym przysiąc, że usłyszałem Twój cichy pisk, nieudolnie stłumiony poduszką. Byłem pewien, że umierasz ze strachu, a w kącikach Twoich oczu jawią się słone łzy. Nie chciałem ulegać pierwszy, wcale nie miałem zamiaru przychodzić jak szczeniak z podkulonym ogonem i przepraszać, jednak ta świadomość, że leżysz tam sama, taka bezbronna, dała w końcu za wygraną. Wkroczyłem do salonu, wolno stawiając kroki na tym okropnie pomarańczowym dywanie, na który tak bardzo się uparłaś. Gdy tylko Cię dostrzegłem, skuloną na niewielkiej sofie i opatuloną śnieżnobiałym kocem po czubek samego nosa, moje serce zabiło o wiele mocniej niż powinno. Cicho zanosiłaś się płaczem, co chwila pociągając nosem. Nieznacznie uniosłaś głowę, spoglądając na mnie nieodgadniętym spojrzeniem. Czarna maskara stworzyła fikuśne smugi na Twych bladych policzkach, a pojedyncze kosmyki włosów przyległy do Twego spoconego czoła. W tamtej chwili tak cholernie pragnąłem odgarnąć Ci je z twarzy. I wtedy sobie coś uświadomiłem. Myśl ta uderzyła we mnie z taką siłą, że musiałem podeprzeć się o komodę, żeby nie stracić równowagi. Byłaś idealna. Twoje piękno biło od środka. Byłaś jednocześnie moją siłą oraz słabością. I... diabelnie Cię kochałem. Żadne słowa nie są w stanie opisać tego, co do Ciebie czułem. Co wciąż czuję.

Pierwszy raz ujrzałem Cię w miejskiej bibliotece. Było to marcowe popołudnie. Środa. Czytanie, jak dobrze wiesz, to czynność, którą wykonuję raczej z obowiązku niż dla przyjemności, więc to, że znalazłem się tam tego słonecznego dnia, było czystym przypadkiem. Sophie była wtedy w szóstym miesiącu swojej pierwszej ciąży. Stwierdzenie, że w tamtym okresie zdarzało się jej dość często panikować i wyolbrzymiać wszelkie symptomy do ogromnych rozmiarów, byłoby lekkim niedomówieniem. Jej humorki były nie do zniesienia i niejednokrotnie znajdywałem jakąś wymówkę, czasem na tyle prymitywną, że sam w życiu bym w nią nie uwierzył, aby tylko znaleźć się z dala od jej zmiennych nastrojów. Jednakże, to dzięki niej tamta środa stała się najważniejszą środą w moim życiu. Poprosiła mnie wtedy, żebym zdobył dla niej każdą, dostępną pozycję prawiącą o trudach macierzyńska. Szalenie się ucieszyłem, mogąc na chwilę się od niej uwolnić. Uważnie lustrowałem wzrokiem regał poświęcony ciąży, starając się znaleźć coś, co przypadłoby Sophii do gustu. Sięgnąłem po książkę z górnej półki ze wściekle różową okładką. „Ciąża dla bystrzaków”. Pamiętam, że zaśmiałem się wówczas pod nosem i po cichu zastanawiałem się, czy ciężarne kobiety naprawdę czytają książki o takich idiotycznych tytułach. Ciężko westchnąłem, biorąc do rąk kolejne pozycje o równie głupio brzmiących nazwach. Wiedziałem, że czekało mnie nie lada wyzwania, lecz czego nie robią starsi bracia dla swoich małych siostrzyczek. 

środa, 25 lipca 2012

Post przykładowy

Dochodziło południe. Chłopak o delikatnie śniadej cerze oraz zadziornym uśmiechu, błąkający na nieco zarośniętej twarzy, bez zbędnego pośpiechu kontynuował swój spacer. Wolnym, rytmicznym krokiem przemierzał zatłoczone, londyńskie ulice, pozornie obojętny na to, co działo się wokół. Od czasu do czasu nucił pod nosem pogodną melodię jakiejś starej piosenki, nieustannie błądzącej gdzieś w jego głowie, zwracając tym samym na siebie uwagę kilku zaciekawionych przechodniów. Wydawał się taki beztroski, jakby nie miał żadnych powodów do zmartwień.
Pośpiesznie przeszłam przez jezdnie, ledwo unikając potrącenia przez przejeżdżający tamtędy samochód. Nieprzyjemny pisk opon zabrzęczał w moich uszach, na co nieznacznie się skrzywiłam. Przelotnie spojrzałam na kierowcę pojazdu, posyłając w jego kierunku złowrogie spojrzenie oraz kompletnie ignorując jego krzyki na temat mojego nierozsądnego zachowania. Ściągnęłam brwi i rozejrzałam się wokoło, starając się nie stracić z oczu mulata. Wciąż tam był. Jego czarujący, szeroki uśmiech dodawał mi czegoś w rodzaju otuchy; sprawiał, że mimowolnie uśmiechałam się pod nosem, czując rozpierającą mnie od wewnątrz energię. Czasami żałowałam tego, co byłam zmuszona zrobić. Tego, na co wcześniej się zgodziłam i teraz nie mogłam od tak wywiązać się z zawartej umowy. Przeklinałam się w myślach za uciążliwie prześladujące mnie poczucie winy. Ten świat pozbawiony był wszelkich skrupułów, tu nie było czasu na żadne słabości. Nie mogłam się złamać.
- Przepraszam – rzuciłam, wpadając na blondyna o intensywnie błękitnych tęczówkach.
Jego próby utrzymania równowagi spełzły na niczym. Z głośnym łoskotem opadł na betonowe płyty, wydając z siebie bliżej nieokreślony dźwięk, z pewnością wyrażający przeszywający go ból. Nie zauważyłam go wcześniej. Pojawił się znikąd, jakby wyrósł wprost spod ziemi, skutecznie opóźniając moją pracę.
Niecierpliwie wyciągnęłam w jego stronę dłoń, chcąc pomóc mu wstać. Bez wahania mocno ją chwycił, szybko podnosząc się z betonowego chodnika oraz przyjaźnie uśmiechając się w moim kierunku. Przyjrzałam mu się dokładnie, mrużąc delikatnie oczy. Miał w sobie coś niezwykłego. Coś, co sprawiało, że nie mogłam oderwać od niego spojrzenia. Odwzajemniłam gest, wracając myślami do chłopaka, którego miałam śledzić. Chwila nieuwagi pozwoliła mi stracić go z zasięgu wzroku. Starałam się odnaleźć go wśród otaczającego mnie tłumu, jednak zdawało się to graniczyć z cudem.
- Wyglądasz jakbyś coś zgubiła – zauważył chłopak z nutką rozbawienia.
Zaskoczona jego dojrzałym głosem podskoczyłam w miejscu, wybudzając się z transu i odchodząc od dręczących mnie myśli. Jego akcent brzmiał nietutejszo. Nie był stąd, co do tego nie miałam żadnych wątpliwości.
- Wybacz – ściszył głos. – Nie chciałem cię przestraszyć.
Delikatnie uniosłam kąciku ust ku górze, widząc jak na jego jasną twarz wpływa dorodny, czerwony rumieniec. Jego nieśmiałość poruszyła mnie na tyle, że na chwilę zapomniałam jaki był prawdziwy cel mojego przyjścia tutaj.
- Nic się nie stało – zachichotałam, po raz pierwszy od dawna zauważając w moim głosie szczerość. Niczego nie udawałam.
Poczułam jak zaczynają pocić mi się dłonie. Zawsze tak się działo, gdy się denerwowałam. Wytarłam je o materiał jasnych dżinsów, opuszczając wzrok, uwalniając się spod ostrzału intensywnego spojrzenia stojącego przede mną chłopaka.
- Na pewno wszystko w porządku? – zapytał. Wydawał się nieco zaniepokojony, choć tak naprawdę wcale mnie nie znał. Byłam dla niego jedynie nieznajomą.
Kiwnęłam głową. Otworzyłam usta, pragnąc coś odpowiedzieć, jednak szybko je zamknęłam, zdając sobie sprawę, że zupełnie nie wiem, co. Blondyn niepewnie zmierzwił włosy, próbując wygładzić pojedyncze, odstające na wszystkie strony, kosmyki. Zamrugałam kilkakrotnie, zastanawiając się nad zaistniałą sytuacją. Żadne z naszej dwójki nie paliło się do rozmowy, chociaż wcale nie było spowodowane to wzajemną niechęcią. Poprawiłam srebrny pierścionek, znajdujący się na moim środkowym palcu, próbując zająć czymś ręce i po prostu uciec od tej niezręcznej ciszy. Odchrząknęłam, ponownie skupiając się na chłopaku, uparcie wpatrującego się w czubki swoich nieco poniszczonych już trampek. Od razu uniósł głowę, posyłając mi pytający wyraz twarzy.
- Chyba powinnam już iść. Ja… – zaczęłam, zabawnie przeciągając ostatni wyraz, lecz szybko przerwałam, widząc jak blondyn uśmiecha się do kogoś za moim plecami.
- Tutaj jesteś, Niall – usłyszałam czyjś radosny, jednakże stanowczy ton głosu.
A więc tak miał na imię blondyn o błękitnym niczym bezchmurne niebo spojrzeniu. Niall. Nie umiałam wytłumaczyć, dlaczego, jednak idealnie ono do niego pasowało.
- Wszędzie cię szukałem, stary – chłopak za mną odezwał się z wyraźnie słyszalną pretensją. Wiedziałam, że stoi tuż za mną, ponieważ czułam jego ciepły, miarowy oddech na swojej szyi. – Nie możesz tak po prostu znikać. W jednej chwili byłeś za mną, a potem po prostu wyparowałeś.
Jego głos sprawił, że moje ciało przeszły dziwne, niewytłumaczalne dreszcze. Zrobiłam pojedynczy krok w tył, gwałtownie się odwracając. I wtedy zamarłam. To był On. Mój cel. Stanęłam jak wryta, nie wiedząc, co zrobić. Popełniłam jeden z najgorszych błędów. Pozwoliłam mu ujrzeć moją twarz. Już na stracie dałam plamę, choć nigdy wcześniej mi się to nie zdarzało. Plan, który tak precyzyjnie opracowałam w głowie, miał legnąć w gruzach. Najrozsądniejszym wyjściem z tej sytuacji byłoby jak najszybsze oddalenie się, jednak ja nie umiałam ruszyć się z miejsca. Moje nogi zdały się odmówić posłuszeństwa, jak gdyby chciały wprowadzić mnie w jeszcze większe kłopoty.
Niewielkie kropelki potu zaczęły powolnie spływać z mojego czoła, co bynajmniej nie było spowodowane wysoką temperaturą otoczenia. To ja gotowałam się w środku. Czułam jak kolana uginają się pode mną i z ledwością powstrzymywałam się od upadku. Teraz nadeszła ta chwila. Chwila, by uciec i chociaż w najmniejszym stopniu uratować szczątki tego, nad czym tak długo pracowałam. Poruszyłam głową, pozwalając by płaty moich ciemnych włosów mogły zakryć moją twarz. I zrobiłam coś, co nie było najmądrzejsze z mojej strony. Zaczęłam biec. Uciekłam. Zapominając, jak brzemienny w skutkach może być mój każdy, nieostrożny ruch.
- Hej, zaczekaj! – usłyszałam za sobą krzyk, który prawdopodobnie należał do Nialla. Nie mogłam tego dokładnie stwierdzić. Jedyną rzeczą, którą słyszałam doskonale, było przyśpieszające z każdą sekundą bicie mego serca.
Zatrzymałam się, głośno krzycząc w myślach, co ja do cholerny wyprawiałam! Mój oddech stał się płytki, coraz ciężej było mi wprowadzać powietrze do płuc.
- Zdradź mi chociaż swoje imię!
Tym razem nie miałam wątpliwości co do właściciela głosu. Był nim blondyn. Właściwie przez niego zmuszona byłam teraz uciekać, mając wielką nadzieję, że mulat zdąży zapomnieć o mnie, do chwili, w której będę musiała go zabić. Mimo wszystko nie potrafiłam złościć się na niego. Byłam zła na siebie samą. Obwiniałam tylko i wyłącznie siebie. Gdybym byłam tylko odrobinę ostrożniejsza.
- Sophie.
Skłamałam. Musiałam to zrobić. Nie mogłam pozwolić sobie na kolejny tak poważny błąd. Od tego zależało powodzenie mojej misji. W tej chwili postanowiłam działać w ukryciu.