Droga
Elizabeth,
Na
samym początku chcę Cię przeprosić za używanie twojego pełnego
imienia. Pamiętam, że zawsze okropnie się na mnie wciekałaś
kiedy tylko, nawet przez przypadek, tak Cię nazywałem. Nigdy tak
naprawdę nie rozumiałem, dlaczego go nie znosisz. Było takie
piękne. Tak piękne jak Ty, Twój uśmiech, Twoje zielone oczy, w
których zawsze igrały wesołe ogniki, Twoje długie, brązowe
włosy, których kosmykami uwielbiałem się bawić, owijając je
sobie wokół palców. Kiedy o Tobie wspominam, siadam w naszym
ulubionym miejscu, na starej, drewnianej podłodze obok niewielkiego
kominka, opierając plecy o zimną ścianę. Czuję wtedy zapach
pomarańczy, i chociaż wiem, że to tylko złudzenie, udaję, że
woń, unosząca się wokół mnie, jest prawdziwa, ponieważ tak
bardzo mi się z nią kojarzysz. Uwielbiałaś pomarańcze. Widzę
Cię oczami wyobraźni, jak siedzisz obok mnie, wtulona w mój tors.
Czasami mam wrażenie, jakbyś była tu naprawdę, wydaje mi się, że
czuję dotyk Twych delikatnych i kruchych rąk na mojej szczęce.
Zaraz potem otwieram zmęczone oczy i znowu uderza we mnie
rzeczywistość. Szary, pusty pokój, pozbawiony wszelkiego ciepła,
wszelkiej radości. Bez Ciebie. Zdarza się tak, że niekiedy ciężko
powstrzymać mi łzy. Wtedy z całych sił zaciskam pieści, próbując
się uspokoić. Nie zawsze pomaga.
Czasami
budzę się w środku nocy, zlany zimnym potem. Luźny podkoszulek
przykleja mi do mokrych pleców. Przecieram zaspane powieki i
rozpaczliwie rozglądam się po pokoju, próbując znaleźć Ciebie,
jakiś znak, przedmiot, będący potwierdzeniem Twojej obecności.
Gdy uświadamiam sobie, że kolejny koszmar, w którym ode mnie
odchodzisz, zostawiając zupełnie samego, okazuje się prawdą,
ogarnia mnie głębokie uczucie bólu, rozczarowania i
wszechogarniającej tęsknoty. Uczucie, które rozrywa mnie od
środka, niszczy każdą, cicho tlącą się iskierkę szczęścia i
nadziei.
Pamiętasz
ten dzień, kiedy tak strasznie pokłóciliśmy się o jakąś
błahostkę, że postanowiłaś przenieść się na kanapę w
salonie? Miałaś wtedy na sobie moją niebieską koszulkę z tym
zabawnym nadrukiem, który zawsze Cię rozśmieszał. Była na Ciebie
o wiele za duża, jednak nie zdawałaś się tym ani trochę
przejmować. Strasznie się naburmuszyłaś, wydęłaś usta i
poprawiłaś potargane włosy. Bez słowa przyszłaś do naszej
wspólnej sypialni i nawet nie zaszczyciłaś mnie pojedynczym
spojrzeniem. Wzięłaś pod pachę swoją kremową poduszkę, i
owinąwszy się kołdrą, wyszłaś. Tamtej nocy rozszalała się
potężna burza, błyskawice raz po raz rozświetlały całe, spowite
ciemną poświatą, niebo. Gwiazdy skryły się pod ogromną pierzyną
deszczowych chmur. Doskonale zdawałem sobie sprawę, jak bardzo się
wtedy bałaś. Niejednokrotnie wspominałaś mi o swoim raczej
wstydliwym lęku, mającym swe początki jeszcze w dzieciństwie,
kiedy zwykłaś chować się pod łóżko, próbując ukryć się
przed potężnymi grzmotami. W chwili, gdy przeraźliwy huk wypełnił
mieszkanie, mógłbym przysiąc, że usłyszałem Twój cichy pisk,
nieudolnie stłumiony poduszką. Byłem pewien, że umierasz ze
strachu, a w kącikach Twoich oczu jawią się słone łzy. Nie
chciałem ulegać pierwszy, wcale nie miałem zamiaru przychodzić
jak szczeniak z podkulonym ogonem i przepraszać, jednak ta
świadomość, że leżysz tam sama, taka bezbronna, dała w końcu
za wygraną. Wkroczyłem do salonu, wolno stawiając kroki na tym
okropnie pomarańczowym dywanie, na który tak bardzo się uparłaś.
Gdy tylko Cię dostrzegłem, skuloną na niewielkiej sofie i
opatuloną śnieżnobiałym kocem po czubek samego nosa, moje serce
zabiło o wiele mocniej niż powinno. Cicho zanosiłaś się płaczem,
co chwila pociągając nosem. Nieznacznie uniosłaś głowę,
spoglądając na mnie nieodgadniętym spojrzeniem. Czarna maskara
stworzyła fikuśne smugi na Twych bladych policzkach, a pojedyncze
kosmyki włosów przyległy do Twego spoconego czoła. W tamtej
chwili tak cholernie pragnąłem odgarnąć Ci je z twarzy. I wtedy
sobie coś uświadomiłem. Myśl ta uderzyła we mnie z taką siłą,
że musiałem podeprzeć się o komodę, żeby nie stracić
równowagi. Byłaś idealna. Twoje piękno biło od środka. Byłaś
jednocześnie moją siłą oraz słabością. I... diabelnie
Cię kochałem.
Żadne słowa nie są w stanie opisać tego, co do Ciebie czułem. Co
wciąż czuję.
Pierwszy
raz ujrzałem Cię w miejskiej bibliotece. Było to marcowe
popołudnie. Środa. Czytanie, jak dobrze wiesz, to czynność, którą
wykonuję raczej z obowiązku niż dla przyjemności, więc to, że
znalazłem się tam tego słonecznego dnia, było czystym
przypadkiem. Sophie była wtedy w szóstym miesiącu swojej pierwszej
ciąży. Stwierdzenie, że w tamtym okresie zdarzało się jej dość
często panikować i wyolbrzymiać wszelkie symptomy do ogromnych
rozmiarów, byłoby lekkim niedomówieniem. Jej humorki były nie do
zniesienia i niejednokrotnie znajdywałem jakąś wymówkę, czasem
na tyle prymitywną, że sam w życiu bym w nią nie uwierzył, aby
tylko znaleźć się z dala od jej zmiennych nastrojów. Jednakże,
to dzięki niej tamta środa stała się najważniejszą środą w
moim życiu. Poprosiła mnie wtedy, żebym zdobył dla niej każdą,
dostępną pozycję prawiącą o trudach macierzyńska. Szalenie się
ucieszyłem, mogąc na chwilę się od niej uwolnić. Uważnie
lustrowałem wzrokiem regał poświęcony ciąży, starając się
znaleźć coś, co przypadłoby Sophii do gustu. Sięgnąłem po
książkę z górnej półki ze wściekle różową okładką. „Ciąża
dla bystrzaków”. Pamiętam, że zaśmiałem się wówczas pod
nosem i po cichu zastanawiałem się, czy ciężarne kobiety naprawdę
czytają książki o takich idiotycznych tytułach. Ciężko
westchnąłem, biorąc do rąk kolejne pozycje o równie głupio
brzmiących nazwach. Wiedziałem, że czekało mnie nie lada
wyzwania, lecz czego nie robią starsi bracia dla swoich małych
siostrzyczek.